Rozmowa z ks. Przemysławem Kompfem, twórcą Młodzieżowego Domu Nowego Życia
Redakcja: Jeżeli katecheta ma kłopoty na lekcji ze swoimi uczniami, co można by mu poradzić?
Ks. Przemek: Kiedy pierwszy raz wszedłem do klasy, w pierwszym czy w drugim roku po wprowadzeniu katechezy do szkoły, przeżywałem momenty napięcia związane z zachowaniem niektórych uczniów. Miałem takie sytuacje, że potrafiłem wyjść z klasy, zostawić ją, "opieprzyć", trzasnąć drzwiami, obrazić się na klasę. Po pewnym czasie zobaczyłem, że owoce takiego działania są złe. Zacząłem szukać przyczyn nie w uczniach, ale w sobie. Pierwszą rzeczą, którą uświadomiłem sobie, było to, że muszę zacząć modlić się za moich uczniów. Uczyłem w szkole przy ulicy Stolarskiej w Poznaniu. Przed lekcjami przyjeżdżałem z parafii parę minut prędzej, wchodziłem na chwilę do kościoła pw. Św. Michała, żeby się pomodlić o ducha cierpliwości, o ducha miłości, o wszystkie dobre owoce Ducha Świętego. Mogę powiedzieć jedno: wtedy zacząłem doświadczać w sobie błogosławionych owoców modlitwy. Wchodziłem do klasy i miałem pokój w sercu. Uczniowie, którzy zachowywali się ciągle tak samo, przestali mnie denerwować. Nie dałem wyprowadzić się z równowagi. Potem zacząłem zauważać jeszcze coś innego. Mianowicie, że kiedy ja jestem inny w stosunku do nich, oni także inaczej się zachowują, czyli po prostu nadmierna nerwowość katechety, gwałtowność niekorzystnie wpływają na reakcję uczniów. Zauważyłem, że moje relacje z uczniami zaczęły się zmieniać, sytuacja poprawiała się i momenty, w których denerwowałem się, zdarzały się sporadycznie.
Widząc skuteczność modlitwy, zacząłem z niej korzystać, żeby się zmieniać. Efektem mojej przemiany była również przemiana niektórych uczniów.
Redakcja: A co z tą resztą?
Ks. Przemek: Nie czarujmy się, wszystkich nie zmienimy. Jedną z metod, którą bardzo wiele razy stosowałem z dobrym skutkiem, była osobista rozmowa z uczniem po lekcji, na której narozrabiał. Również przy innej okazji starałem się nawiązywać kontakt z taką osobą, np. na przerwie albo przed lekcją. Pytałem o różne rzeczy, m.in. nawiązywałem do zachowania uczniów. Mogę powiedzieć, że wszystkie indywidualne rozmowy, prowadzone z miłością, z podkreśleniem, że ona jest ważna, że uczeń jest dobrym człowiekiem, bardzo dobrze zdawały egzamin. To jedna ze skuteczniejszych metod docierania do sumień, do serc. Nawet jeżeli uczniowie nie wszystko zrozumieli i powiedzmy, że się nie nawrócili w sensie dosłownym, to zaczęli się miarkować w zachowaniu i przez sympatię dla uczącego, nie pozwalali sobie na pewne wybryki.
Miałem parę razy okazję odwiedzić uczniów w domach. Wobec powtarzających się trudnych sytuacji, szedłem do ich domów i rozmawiałem z nimi przy rodzicach. Nawet jeśli dom nie wyglądał ciekawie, rozmowy były na ogół dosyć skuteczne. Uczeń nie chciał powtarzać sytuacji, więc miarkował się w zachowaniu. Zaczynał niekiedy czuć sympatię, nigdy bowiem, kiedy przychodziłem do kogoś, spokojnie gawędziłem o różnych problemach z bardzo pozytywnym, ciepłym zakończeniem. I to jakoś tę osobę dopingowało.
Redakcja: Uczył Ksiądz w kilku nietypowych miejscach...
Ks. Przemek: Jeśli chodzi o katechezę, uczyłem w poprawczaku, w hufcach pracy. Łatwiej było w poprawczaku, ponieważ miałem małe grupy - po cztery osoby. Zainteresować czwórkę czy wciągnąć czwórkę w rozmowę, to nie jest aż taki problem; również lekcje z reguły były łatwiejsze niż w 30-osobowej klasie. Do szkoły nie chciałbym wrócić, do poprawczaka na lekcje - mógłbym, bo tam jeszcze nigdy się nie zmęczyłem. Nie musiałem nigdy głośno mówić, z ludźmi "potrzaskanymi" można bowiem normalnie rozmawiać. Największe wrażenie podczas zajęć robiły zawsze świadectwa, opowieści o jakimś konkretnym człowieku, którego oni mogli sobie wyobrazić, który zmienił coś w swoim życiu, np. świadectwa przestępców, muzyków, kogoś, kto ich interesował.
Przechowuję w sercu zabawne momenty z tych zajęć. Myślę tu o sytuacji z Mareczkiem, byłym narkomanem. Kiedy pojechaliśmy na lekcję do hufca pracy (przyjeżdżałem tam w ramach godzin wychowawczych na lekcje religii), nauczycielka od języka polskiego proponowała, że odda mi swoje godziny, bo już nie może z nimi wytrzymać. Czasami korzystałem z tego, że wchodziłem na jakąś dodatkową lekcję za kogoś, żeby mieć większy kontakt z uczniami. Chłopacy dosyć mnie lubili, na żadnej lekcji nie przeszkadzali; wszystko, co chciałem, mogłem im powiedzieć. Natomiast kiedy Marek zaczął im opowiadać o sobie, a było to rzeczywiście przejmujące świadectwo wejścia w bagno i mówił przepięknie długą historię wychodzenia z nałogu, walki o dobro w sobie, w klasie całe 40 minut panowała cisza jak makiem zasiał. W trakcie opowiadania Marka przypomniałem sobie panią od polskiego i zapragnąłem, żeby ona teraz tutaj weszła i zobaczyła swoich uczniów, jak potrafią się skupić. Wreszcie jeden z chłopaków zaczął coś szeptać do drugiego, a siedzący za nim chłopak upomniał go, żeby nie przeszkadzał. Siedzieli całą lekcję jak zamurowani.
Czasem przynosiłem jakąś książkę, jakiś ciekawy fragment i czytałem im, a oni siedzieli jak urzeczeni, jak zaczarowani. To pokazuje ważną rzecz. Jeśli katecheza jest bliska życiu oraz problemom, którymi oni żyją, które ich dotykają i bolą, wtedy chcą słuchać. Natomiast jeśli katecheza zamienia się w wykład o czymś, co nie pasuje do ich rzeczywistości, kontakt jest trudniejszy. Mówienie np. o wierze jest dla nich mówieniem o gwiazdach; oni tego nie rozumieją. Natomiast, jeśli usłyszą coś, co ich dotknie, można zobaczyć, że ci chłopacy mają w sobie dużą wrażliwość.
Redakcja: Wyobraźmy sobie, że stoi przed Księdzem katecheta, który jutro musi iść na pierwszą lekcję do poprawczaka. Przed czym Ksiądz by go ostrzegł i jakich rad by udzielił?
Ks. Przemek: Musi liczyć się z tym, że na wejście usłyszy: po co ty ... tutaj przyjechałeś... Może być nawet cała wiązanka, ty... taki i owaki. Jeżeli katecheta będzie odporny na słowa, to ma szansę przy drugim lub trzecim spotkaniu przebić się przez "tłum". Wtedy uczniowie zobaczą, że przyszedł do nich człowiek, który ich lubi. Bardzo często jest tak, że kiedy osoba pełna dobrych chęci, usłyszy coś takiego, zaraz zatnie się i obrazi. Jeżeli nauczyciel ze swej strony postawi drugi mur, to już nie ma nic do zrobienia. Pracowałem w poprawczaku przez 5 lat. Kiedy zaczynałem, często słyszałem takie słowa, chodziłem w sutannie, żeby mnie z daleka było widać, żeby było wiadomo, że przyszedł ksiądz. Kiedy wyzwiska nie robiły na mnie żadnego wrażenia, chłopcy zaczęli zaciekawiać się, potem zaczęli zapraszać mnie do swoich pokojów, a potem czekali aż przyjdę. Środa stała się dniem, kiedy sprzątali pokój, przygotowywali herbatę; naprawdę można było z nimi porozmawiać.
Redakcja: Czy mówił Ksiądz do nich slangiem? Co Ksiądz sądzi o mówieniu slangiem na katechezie?
Ks. Przemek: Katecheta musi rozumieć język, musi mówić językiem komunikatywnym dla odbiorcy. Nie musi powtarzać wszystkich słów. Jeśli pokaże, że zna ich słownictwo, pomoże sobie na pewno. Moi podopieczni oraz ludzie, których poznałem w Jarocinie, oduczyli mnie kościelnego języka. Oduczyli wielebności, ekscelencji, wyszukanego języka, wszystkich świętości, których nikt nie rozumie. To jest taka "drętwomowa" kościelna.
Redakcja: Czy można używać wulgaryzmów?
Ks. Przemek: Czasami używam ich, np. na przytoczenie czegoś w sensie dosłownym.
Redakcja: Musi Księdza ciągnąć do tych ludzi...
Ks. Przemek: Bo ja wiem, czy ciągnie? Uważam, że do katechizowania w liceum przygotowany jest każdy ksiądz, bo większość z nich kończyła tego typu szkoły i ma doświadczenie. Natomiast z miejscami specyficznymi prawie nikt nie miał do czynienia. Parę lat temu była taka sytuacja w Pogotowiu Opiekuńczym. Skierowano tam wikariusza z parafii. Jaki był rezultat? Zaczął we wrześniu, a w grudniu napisał pismo do Kurii, że prosi o zwolnienie go, bo więcej tam nie pójdzie. Właśnie dlatego, że zetknął się z sytuacjami, które po prostu go przerastały i chociaż miał bardzo dobre chęci, dobrą wolę, niestety, widząc to, co się tam dzieje, nie podołał obowiązkom. Na pierwszą lekcję zazwyczaj chłopcy przychodzą, bo muszą, ale jeśli zobaczą, że mogą się czegoś ciekawego dowiedzieć, przychodzą na kolejne zajęcia. Jeżeli ktoś czuje, że może prowadzić tego typu rozmowy i uczestniczyć w takich zajęciach, może się brać za pracę. Jeżeli ktoś tego nie czuje, niech nie zaczyna, bo zniszczy siebie, a nikomu nie pomoże. Byłoby dobrze, gdyby w takie miejsca kierować ludzi, którzy chcą to robić, znają zasady i reguły pracy z młodzieżą trudną. Osobiście czuję kontakt z takimi osobami. Mogę powiedzieć, że je rozumiem.
Redakcja: Jak uczyć tych młodych ludzi, jak im pomóc, aby stanęli na nogi?
Ks. Przemek: Wchodzimy tutaj w program idealny, którego - niestety - w szkole się nie zrealizuje. Korzystamy z programu realnego. Katecheta może służyć komuś tak długo, dopóki go widzi. Natomiast w momencie, kiedy ta osoba odchodzi ze szkoły albo my odchodzimy - co bardzo często, niestety, zdarza się - wszystko w jakimś stopniu się kończy. Nie chodzi tu o sytuację, kiedy ktoś zakończył pracę zawodową, siedzi na emeryturze i wspomina swoich byłych uczniów. On odchodzi do innych i teraz ma z innymi kontakt, nowi uczniowie zabierają mu tyle czasu, że nie jest on w stanie towarzyszyć dawnym wychowankom. Liczy się to, co w danym momencie można przekazać innym, to zostaje. Natomiast jeśli w tym momencie nie zrobi się czegoś, to już później tym bardziej nie będzie na to czasu.
Redakcja: Czy proponował Ksiądz swoim uczniom także spotkania poza lekcjami?
Ks. Przemek: Najczęściej były to wyjazdy. Bardzo często zapraszałem do utrzymywania kontaktów i były takie momenty, że moi byli uczniowie przyjeżdżali do mnie w jakiejś sprawie z innej parafii. W ubiegłym roku dzwonił do mnie chłopak, który zdawał maturę z 10-letnim opóźnieniem i szukał pomocy. Kiedy się przedstawił, musiał długo tłumaczyć, kim jest, bo ja już go zdążyłem siedem razy zapomnieć. Miło z jego strony, że zapamiętał dobrze "życiową" lekcję i wiedział, że tym kimś, kto może mu pomóc, może być ksiądz. Przy okazji dowiedziałem się, że każda z lekcji, które prowadziłem, została zapamiętana. To też czasami dla uczącego jest ważne, jeśli uświadomi sobie, że komuś pomógł, bo tego bezpośrednio na lekcji nie usłyszy. Trzeba być gotowym na to, że ci ludzie będą kiedyś wracać. Z reguły wszystkim kończącym szkołę, przy pożegnaniu mówiłem, że do mnie zawsze można przyjść. Były sytuacje, że rzeczywiście jeden, drugi, piąty po coś przyjechał, o coś prosił. Potem ktoś chciał, żeby pobłogosławić jego ślub. Właśnie takie kontakty pokazują, że do tego księdza, z którym się spotykali, nabrali jakiejś sympatii czy zaufania, że można po latach zwrócić się do niego o pomoc.
Wiele osób ze "zwykłych" szkół, z poprawczaka, z OHP uczestniczyło w spotkaniach dla młodzieży, które przez lata prowadziłem w Konarzewie. Zapraszałem też na spotkania wspólnoty modlitewnej. Przy tych okazjach niejedna z osób u mnie nocowała i przebywała dłuższe godziny.
Redakcja: Jest ksiądz proboszczem. Probostwo to dom otwarty, w którym Ksiądz pozwala mieszkać młodzieży. Domyślamy się, że nie jest to młodzież najgrzeczniejsza...
Ks. Przemek: Nie ma w zasadzie innego miejsca, domu kościelnego, który służyłby do tego celu. Bo Kościół jako instytucja - mówię o Kościele Poznańskim - nie dostrzegł jeszcze wagi problemu. Młodzież, która chce coś zrobić ze sobą, nie ma się gdzie podziać. Rodzina jest taka, jaka jest. Środowisko koleżeńskie jest też nieodpowiednie i te osoby nie mają warunków, żeby rozpocząć nowe życie. Same dobre chęci nie wystarczą. Sama katecheza w szkole nie wystarczy. Rekolekcje, które gdzieś tam prowadzę, też nie wystarczą, bo ci ludzie wracają do życia i koniec dobra jest za progiem ulicy. Za rogiem domu stoi koleś, który ciągnie w ten sam świat. Młodzież musi wyjść z dotychczasowego środowiska do nowego miejsca. Szkoda, że nie dostrzega się, iż takie problemy istnieją i my ludzie Kościoła powinniśmy pomagać w ich rozwiązywaniu. Ponieważ trudno jest czekać, aż Kościół kiedyś dojrzeje, otwarłem swój dom i tym, którym mogę, pomagam; potrzeby są jednak ogromne.
Redakcja: W jaki sposób Ksiądz dokonuje selekcji, kto może mieszkać na plebani?
Ks. Przemek: Nie każdy, bo mając mały dom, musimy zdecydować się, komu pomagamy. Nastawiliśmy się na pomoc osobom uzależnionym. Czyli alkohol, narkotyki i to wszystko, co się z tym wiąże - problemy szkolne, policja, złodziejstwo, punktem odniesienia są uzależnienia od alkoholu i narkotyków. Natomiast nie przyjmujemy osób z zaburzeniami psychicznymi, niezrównoważonych. W tej chwili nie przyjmujemy dziewczyn, bo musiałbym założyć obok przedszkole. To wypływa też ze "szczupłości" domu. Gdyby dom był duży i można by go było podzielić, to przyjęlibyśmy więcej osób. Gromadzimy młodzież męską w wieku od 15 do 22 lat, czyli w okresie, kiedy chłopiec staje się mężczyzną. To jest taka wstępna selekcja. Trzymamy się tego, komu możemy pomóc. Drugim kryterium jest osobista decyzja przyjmowanego; on musi chcieć zmienić swoje życie i zrobić to sam, a nie dlatego, że pragnie tego matka, chce sąd czy wszyscy święci. Problem jest w tym, że osoba musi się podporządkować. Jeżeli to jest jej decyzja, to ona po prostu musi liczyć się z jej konsekwencjami. Tą drogą trafiają ludzie, których ktoś komuś polecił.
Redakcja: Jak rodzice reagują na podobne działanie?
Ks. Przemek: Rodzice na ogół cieszą się. Są jednak tacy, których guzik obchodzi, co się z ich dzieckiem dzieje. Są to środowiska patologiczne. Maciej, stojący obok mnie, ma mamę, która pracowała na probostwie. To ona do mnie zadzwoniła i szukała pomocy dla syna.
Redakcja: Mam pytanie do Macieja. Miejsc, w których mógłbyś rozwiązać swoje problemy jest pewnie - poza kościołem - wiele. Dlaczego odpowiada Ci miejsce u Księdza?
Maciej: Przez 6 lat ćpania raz tylko byłem w poradni. Pracująca tam kobieta, która ze mną rozmawiała, tak mnie wkurzyła, że postanowiłem więcej nie iść do takiego ośrodka.
Redakcja: A czym cię wkurzyła?
Maciej: Stylem rozmowy; mojej mamie od razu kazała mnie wyrzucić z domu i takie tam teksty...
Redakcja: Czy czułeś się poniżony?
Maciej: Czułem się, jak ktoś najgorszy.
Redakcja: A jak jest u Księdza?
Maciej: Pojechałem na rozmowę do Księdza, bo widziałem, że jest ze mną źle i ktoś musi mi pomóc. Mama na początku myślała o ośrodku. Powiedziałem jednak, że jeśli mam iść do ośrodka, to wolę zostać na ulicy. Wtedy zadzwoniła do Księdza Przemka. Kiedy jechałem na rozmowę, nie byłem jeszcze przekonany, czy chcę tam zostać. Decyzja zapadła, gdy zobaczyłem, że jest to prawdziwy dom.
Redakcja: A jak się tam czujesz?
Maciej: Jak w domu - bardzo dobrze.
Redakcja: Twoi koledzy, z którymi mieszkasz, mają podobne skłonności. Czy nie prowokujecie siebie nawzajem?
Maciej: Nie, w ogóle o tych rzeczach nie rozmawiamy, nie myślimy o tym zupełnie, życie jest tutaj inne niż w domu, niż w mieście.
Redakcja: A co robicie na co dzień? Wstajecie rano i jak wygląda wasz dzień?
Maciej: Część idzie do szkoły (większość). Ci, co zostają w domu sprzątają, gotują obiad, robią pranie, zawsze jest coś do roboty. Jedziemy gdzieś coś załatwić.
Redakcja: Dlaczego chciałeś wyrwać się z tego środowiska?
Maciej: Widziałem, że dzieje się źle. Moich kolegów zaczęli zamykać, miałem zniszczone zdrowie, miałem dosyć takiego życia.
Redakcja: Co robicie jeszcze oprócz tego, co już zostało powiedziane?
Ks. Przemek: Jesteśmy wspólnotą życia, a nie wspólnotą religijną. Osoby, które przychodzą do nas, nie wiedzą nic o wierze i Panu Bogu. Maciej przyszedł zupełnie obojętny, chociaż przez kilka lat był ministrantem. To wszystko jednak gdzieś zostało utopione. Z życiem religijnym trzeba uważać, bo są pewne sytuacje, których oni nie zrozumieją. Dlatego nie uprawiam "nahalniactwa" religijnego. Natomiast kiedy jest możliwość rozmowy, to mówimy ze sobą dosyć dużo. Muszą wtedy usłyszeć, którędy mają iść, żeby stanąć naprawdę na nogi. W domu organizujemy spotkania wspólnoty. Rozmawiamy na tematy dotyczące domu, załatwiamy sprawy wychowawcze. Jest też katecheza domowa, staramy się wiązać katechezę z życiem. Trzeci element stanowi grupa wsparcia dla alkoholików i narkomanów. Są to spotkania w grupach. Chłopcy mają także możliwość rozmów indywidualnych w domu, poza grupą. Oczywiście jest Msza św. niedzielna, na którą niektórych trzeba zaganiać, niektórzy sami chodzą, innych trzeba pilnować, żeby w trakcie Mszy nie wyszli z kościoła. Trzeba uważać, bo sam fakt, że oni mieszkają u księdza nie wystarczy, oni nie czują się zobowiązani do pobożności lub praktyk religijnych. Jak ktoś upadł tak nisko, to do niczego nie jest zobowiązany, przynajmniej tak mu się wydaje. I dopiero poczucie obowiązku czy odkrywanie czegoś rodzi u niektórych dalsze owoce. Przyjęliśmy także do realizacji program Szkoły Nowej Ewangelizacji. Staram się wysyłać chłopaków na takie spotkania. Tam spotykają się z innymi ludźmi i są to ich rekolekcje, które przeżywają kilka razy w roku. Dzisiaj 2 osoby jadą na kurs Filipa, pozostali już na nim byli. Dosyć duża grupa jedzie na następny 5-dniowy kurs Apollosa. Z takich spotkań wracają napełnieni. To ich popycha do przodu w sensie duchowym. Jest to lepsze, bo w domu pewnych rzeczy nie da się przeprowadzić. Natomiast jak usłyszą, zobaczą, to po powrocie tym żyją. Część osób włączyła się w świecki program, pomocy rodzinom i dzieciom z rodzin alkoholików. Jeżdżą na terapeutyczne grupy wsparcia podczas wakacji.
Redakcja: Bardzo serdecznie dziękujemy za rozmowę.
Ks. Przemysław Kompf - proboszcz Parafii w Wierzenicy, Archidiecezja Poznańska, twórca Młodzieżowego Domu Nowego Życia.
Copyright by Drukarnia i Księgarnia Św.Wojciecha Sp. z o.o.
strony internetowe
Agencja Reklamowa
eCreo



Prześlij
Drukuj