Katecheta 9/2004 » NASZE SPRAWY » FORMACJA DUCHOWA ...KU POKRZEPIENIU SERC »

Jak formować siebie? Słowo na dobry początek roku szkolnego

Prześlij Drukuj
Katecheza jest ciągle nowym i trudnym wy­zwaniem dla całego Kościoła, ale przede wszystkim dla katechetów. Bez wątpienia moż­na powiedzieć, że źródłem natchnienia dla po-sługi katechety, z którego winien czerpać ener­gię, jest świadomość obecności zmartwych­wstałego Jezusa, wyrażona w słowach: „Ja je­stem z wami przez wszystkie dni, aż do skoń­czenia świata" (por. Mt 28, 20).
Prawda ta nie może jednak pozostać na po­ziomie samej tylko wiedzy, trzeba, aby kształtowała naszą codzienność, naznaczoną czasami rozgoryczeniem czy nawet wypaleniem zawo­dowym. Bywają przecież katecheci zmęczeni trudną pracą, inni odczuwają frustrację z powo­du inicjatyw, które się nie powiodły; jeszcze inni cierpią na skutek niezrozumienia, z jakim spoty­kają się w szkole czy w parafii.
Wobec tych problemów warto przypomnieć potrzebę ciągłej formacji, która winna dotykać wielu aspektów naszego życia, od podnoszenia poziomu wykształcenia do formowania odpo­wiednich cech osobowych i chrześcijańskich. Warto pamiętać, że formacja katechetów doko­nuje się na trzech zasadniczych płaszczyznach: duchowej (być), intelektualnej (wiedzieć) i dusz­pasterskiej (działać).
Być"
Można powiedzieć, że bycie katechetą to prawdziwe powołanie. To nie jest zwykły zawód. To nie jest bycie chrześcijaninem na etacie, za który dostaje się pieniądze. Bycie katechetą jest powołaniem, którego człowiek - na dobrą spra­wę - nie wykalkulował sobie i nie wymyślił. To Bóg woła człowieka, aby o Nim dawał świadec­two. I człowiek wie, że jeśli jego życie ma mieć sens, to nie może uciec i nie odpowiedzieć na to zaproszenie.
Nazwijmy rzecz po imieniu: jeśli u kogoś ja­kieś inne czynniki zadecydowały o tym, że po­stanowił zostać katechetą, to niech się dobrze zastanowi, co robi. Wypali się bowiem wcze­śniej niż przypuszczał. Zadaniem katechety -porywającym i trudnym - jest być przede wszystkim „odblaskiem" Jezusa. I nieważne jest tu to, czy katecheta jest księdzem, zakonnicą, zakonnikiem czy osobą świecką żyjącą w mał­żeństwie lub nie. Jezus wymaga od katechety tego, czego wymagał od swych uczniów: trzeba być „światłem świata" (Mt 5, 14). To zadanie nie jest proste i napawa często bojaźnią. Mamy bo­wiem świadomość własnych słabości, które sprawiają, że często nasze życie traci blask i jest pełne cieni. Według Jana Pawła II, jest tylko jed­na droga, aby pozytywnie odpowiedzieć na po­wołanie: stawać w „świetle" Chrystusa (por. Novo millennio ineunte, 54). Stawać zaś w „świetle" Jezusa to czytać Pismo Święte. Ono ma bo­wiem moc rozświetlania mroków naszego ży­cia. Po prostu „jest lampą dla naszych kroków" (por. Ps 119, 105). W „świetle" Pisma Świętego widać prawdę o naszej podstawowej motywacji bycia katechetą. Widać też to, co jest pozorem, iluzją, mitem i maską w naszym codziennym ży­ciu. W „świetle" tej Księgi może też ktoś odkryć, że katecheza nie jest jego drogą do Boga i lu­dzi. Uważna lektura Biblii dodaje bowiem odwa­gi, by patrzeć rzeczywistości prosto w twarz.
Dziś w ręku katechety można znaleźć coraz więcej książek i czasopism. Czy znajdujemy czas na czytanie Słowa Bożego? Przecież lu­dziom nie chodzi o to, żebyśmy się na wszyst­kim znali i mówili do nich „językiem gazet", ale głosili im Dobrą Nowinę. Dbajmy więc o to, by Pismo Święte znajdowało się często w naszych rękach. Dbajmy też o to, by znajdowało się ono w rękach uczniów. Inwencja i wyobraźnia niech nam podpowiedzą, jak to zrobić. Jeżeli my im nie włożymy do rąk Biblii, to inni włożą im mod­ne pisma. Być może, że - pomimo wielu na­szych starań - nasi uczniowie nie sięgną w ogó­le po Pismo Święte. Dla tych ludzi, to my bę­dziemy tą jedyną „żywą" Biblią, którą oni będą czytać. Nie będziemy dla innych „żywą" Biblią, czytając ją sporadycznie. Niezwykłe jest to, co dzieje się w człowieku i z człowiekiem, który sta­le obcuje ze Słowem Bożym. Wersety Biblii umacniają i niosą pewność. Katecheta pochylo­ny nad Biblią na pewno będzie miał odwagę stać prosto przed ludźmi.
Naszemu życiu duchowemu zagrażają różne pokusy. Istnieje jednak - według Jana Pawła II -pewna pokusa, która od zawsze zagraża życiu duchowemu każdego człowieka, a w szczegól­ności katechety - jest nią przekonanie, że rezul­taty naszej pracy zależą od naszych zdolności, działania i planowania. To prawda, że Bóg ocze­kuje od nas konkretnej współpracy i pragnie, byśmy wykorzystywali wszystkie nasze zdolno­ści w posłudze katechetycznej. Katecheci winni jednak zaprzyjaźnić się z Bogiem bardziej niż in­ni. I dlatego - choć to niekiedy trudne - winni więcej czasu poświęcić na modlitwę.
Ksiądz Jan Twardowski powiedział kiedyś, że w życiu katechety najważniejsza jest modlitwa. Kiedy tylko własnym sprytem będziemy próbo­wali docierać do uczniów, to jest wielce prawdo­podobne, że naszym udziałem stanie się do­świadczenie Apostołów, opisane w ewangelicz­nej relacji o cudownym połowie: „(...) całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili" (Łk 5, 5). Według Jana Pawła II, nie możemy się wtedy dziwić, że różne nasze przedsięwzięcia kate­chetyczne i duszpasterskie zakończą się niepo­wodzeniem, rodząc uczucia frustracji i rozgory­czenia. Jan Paweł II wie, że modlitwa wymaga wysiłku duchowego i wiedzie niekiedy przez bo­lesne doświadczenie „nocy ciemnej".
Przestrzega jednak nas przed brakiem mo­dlitwy lub modlitwą powierzchowną. Chrześci­jan, którzy się nie modlą albo modlą się po­wierzchownie nazywa „chrześcijanami poło­wicznymi" albo „chrześcijanami w zagrożeniu" (por. Novo millennio ineunte, 34).
Odnosząc te określenia do katechetów, mo­żemy mówić o „katechetach połowicznych" lub „katechetach w zagrożeniu". Powierzchowna modlitwa rodzi bowiem „powierzchowne życie", a „powierzchowne życie" katechety rodzi „po­wierzchowne" katechezy. Nie może być inaczej, bo „człowiek, który mówi, że nie ma czasu na modlitwę, po prostu jeszcze nie wierzy".
Co więc robić, aby nie być „katechetą poło­wicznym"? Należy uczyć się modlitwy, wciąż na nowo przyswajając sobie tę sztukę od samego Jezusa. Ma ona niejedno imię i wyrażać ją moż­na na wiele sposobów. Dróg do Boga - dróg modlitwy jest tyle, ilu jest ludzi. Nie ma dróg lep­szych i gorszych; każdy musi odnaleźć swoją. Trzeba się modlić tak, jak umiemy, a nie tak, jak nie umiemy. Modlitwa jest w nas.
Bez miłości i miłosierdzia katechety, kate­cheza pozostanie niezrozumiała. W życiu ka­techety nie musi to oznaczać bardzo skompli­kowanych działań, ale bycie świadkiem miłości i miłosierdzia tam, gdzie postawił nas Bóg. Trze­ba nam po prostu pielęgnować i rozwijać znaki miłości. W sposób jednoznaczny powiedziała o tym już prawie 700 lat temu św. Katarzyna ze Sieny, głosząc, że „(...) jeśli będziemy tym, czym mamy być, zapalimy świat". Katecheza i wszystko, co się z nią bezpośrednio lub po­średnio łączy, ma sens tylko wówczas, kiedy stoi za nią świadectwo miłości i miłosierdzia. Normalne - codzienne świadectwo. Życie pod­powiada nam, że potrzeba często tak niewiele. Dla każdego katechety winno być oczywiste, że bez Jezusa będziemy dwuznaczni w naszej mi­łości bliźniego. Bez Jezusa będziemy szukać - z wielkim prawdopodobieństwem – najpierw własnego uznania i akceptacji; będziemy bar­dziej wiązać uczniów z sobą niż z Bogiem. Jest też wielce prawdopodobne, że jeżeli mocno nie oprzemy się na Bogu, to bardzo łatwo będzie
nam manipulować bliźnim.
Miłość bliźniego nakazuje, byśmy w rozbi­tym społeczeństwie jako katecheci byli zaczy­nem jedności. Aby było to możliwe, taka jed­ność musi być najpierw w sercu katechety. Ina­czej będziemy oszukiwać siebie i innych. Po­myślmy w tym miejscu, jak często mówimy o in­nych (także katechetach i księżach!) złe rzeczy, a jak często dobre. Zamiast poszukiwać tego co wspólne i tego co łączy, rozdrapujemy rany. Po­dział na tych, którzy czytają tę, a nie inną gazetę; słuchają tej, a nie innej rozgłośni radiowej... góruje często wśród nas nad jednością. Nie po­trafimy różnić się pięknie tak, aby nie zadawać sobie ran. Powiedzmy sobie też szczerze, że nie jesteśmy przygotowani do życia w świecie, gdzie na co dzień występuje różnica poglądów. Różnorodność traktujemy z lękiem. Bojąc się, przybieramy postawy obronne. Zamiast miłości dochodzi w nas do głosu strach. A strach nie jest dobrym doradcą i nie pomaga nam kochać.
O chrześcijanach pierwszych wieków mówiono często: „Patrzcie, jak oni się miłują". To ważne, by można tak powiedzieć dziś o nas - kateche­tach; by inni widzieli w nas nie tylko nauczycieli religii, ale przede wszystkim świadków miłości i miłosierdzia.
Wiedzieć"
Aby „wiedzieć", należy dobrze znać naucza­nie Kościoła i śledzić na bieżąco to, co dzieje się w Kościele. Wymaga to od katechety ustawicz­nego studium; jeżeli ktoś chce być katechetą, to nie ma innego wyjścia, jak je podjąć. Uczniowie nie mogą mieć katechety - nieudacznika. Przy­gotowanie teologiczne jest także potrzebne, aby katecheta mógł właściwie realizować pro­gram i „zamieszkać w pytaniach uczniów".
Przygotowanie teologiczne to jednak nie wszystko - nie możemy zapominać o przygoto­waniu pedagogicznym. Jan Paweł II uważa, że powinniśmy dostosować się do szczególnych potrzeb każdego, do jego wrażliwości i języka, na wzór św. Pawła, który pisał: „Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych" (por. 1 Kor 9, 22). Szczególnie mamy myśleć o młodzieży. Jeste­śmy zobowiązani do szukania nowych dróg -nowych sposobów katechizowania, „(...) młode wino należy lać do nowych bukłaków" (Łk 5, 38). Stoi więc przed nami ciągłe zadanie docie­rania do tych, którzy chodzą na katechezę, ale są obojętni. Jest to tym bardziej naglące, ponie­waż coraz więcej młodzieży chodzącej na reli­gię określa siebie jako obojętnych i niewierzą­cych.
Należy więc obok „klasycznej" ewangelizacji stosować „nową" ewangelizację, która byłaby przyjęta przez współczesnych ludzi. Katecheza jest kierowana do wszystkich, a nie jedynie do określonej grupy ludzi i dlatego tym bardziej je­steśmy zobowiązani do szukania nowych dróg jej przekazu. Nie możemy zadowalać się fak­tem, że większość dzieci i młodzieży chodzi na religię. Powinno nas ciągle niepokoić pytanie: Jak katechizować? Jak przekazywać dziś dzie­ciom, młodzieży i dorosłym Ewangelię? W jed­nej ze szkół dzieci zapytane, jakiego przedmio­tu nie lubią, odpowiedziały: „Nie lubimy religii". „Dlaczego?" - padło kolejne pytanie. „Bo nic nie rozumiemy". Uczniowie potrzebują, by prze­łożyć im depozyt wiary na język codzienny. Opór dzieci i nastolatków winien być dla kate­chety wyzwaniem do solidnego przygotowania katechez. By zainteresować młodzież, nie trze­ba przebierać się za pocemona. Zainteresowa­nie lekcją to raczej trud szukania klucza do ich „świata". Można go znaleźć, czytając młodzie­żowe gazety i książki, słuchając młodzieżowej muzyki, odwiedzając ich w domach, chodząc z nimi na filmy i koncerty. Ich „świat" winien być wyzwaniem dla naszej teologii i pedagogiki. Do­bre przygotowanie lekcji ma tu swoje konse­kwencje: albo uczniowie z utęsknieniem będą czekali na kolejną lekcję, która wzmocni ich mo­tywację wiary albo będą myśleli o czymś innym, a nie o tym, co mówi katecheta.
Wniosek jest jeden: katecheta musi dbać o swoje przygotowanie teologiczne i pedago­giczne. Jak to robić? Możliwości jest wiele:
-   kontrolować wciąż, co dzieje się w „świecie katechetycznym";
-   być ciekawym tego, co dzieje się w Koście­le;
-   czytać fachową literaturę;
-   szukać tych, którzy żyją z pasją;
-   skoncentrować się na dobrej organizacji pracy katechetycznej - na maksymalnym wykorzystaniu czasu, aktywizować się nie strachem przed dyrektorem czy probosz­czem, ale radością katechizowania;
-   wymagać od siebie nie dlatego, by zdoby­wać kolejny stopień awansu, ale by coraz lepiej służyć ludziom i coraz lepiej im po­magać żyć;
-   dbać o to, by ciągle mieć jakiś problem do rozwiązania, by nie być dla siebie nudnym;
-   pokazać radość bycia katechetą,  dbać o to, by być przekonującym w przekazie.
Czemu się tak zachwycamy aktorami? Bo oni kłamstwo potrafią zagrać tak, jakby to była prawda, a my często o Prawdzie mówimy tak, jakbyśmy w nią nie wierzyli. Musimy dokształcać się z innymi w zespołach samokształcenio­wych, być ciekawymi życia. Katecheci muszą być zakochani w katechezie.
Umieć"
Jeśli więc katecheta - jako nauczyciel - ma być efektywny, musi poszerzać własne kompe­tencje. Stanowią o tym zarówno ustalenia Mini­sterstwa Edukacji Narodowej, jak i Komisji Wy­chowania Katolickiego. Niestety, jak pokazuje doświadczenie, wiele osób zarówno świeckich, jak i duchownych wykazuje znaczne braki w umiejętnościach pedagogicznych.
Oprócz stałej formacji katechetów zwraca się obecnie baczną uwagę na treść nauczania katechetycznego. Winna ona być skorelowana z metodami nauczania. Ich dobór musi doko­nywać się zarówno ze względu na samych katechizowanych, jak i na cele, jakim ma służyć dana jednostka katechetyczna. Wszystkie me­tody, jakimi posługuje się katecheta, powinny harmonijnie łączyć się i uzupełniać, przede wszystkim ze względu na postulat integracji ce­lów i treści nauczania, jak i ścisłego związku, który łączy katechezę z pozostałymi formami działalności duszpasterskiej. Innymi słowy, chodzi też o to aby katecheci nie ograniczali się do zachwytu nad narzędziami i środkami uży­wanymi na lekcjach religii, ale by ich oddziały­wanie na wychowanków miało wymiar bezpo­średniego wpływu osobowego.
Nie bez znaczenia jest język, jakim posługuje się katecheta. Powinien to być język religijny, in­formujący i wprowadzający w tajemnicę Boga. Z kolei percepcja uczniów domaga się, by kate­cheta posługiwał się mową zrozumiałą i komuni­katywną, związaną z doświadczeniami życiowy­mi uczniów.
Istotną cechą języka na katechezie jest jego zgodność z prawdą. Deprecjonowanie go może prowadzić do sytuacji, w której wychowankowie zaczną nieufnie odnosić się do przekazywanych treści. Język katechezy nie może wypaczać prawd wiary, a poprzez jasny i systematyczny wykład winien przywracać słowom ich właściwe znaczenie.
W przekazie katechetycznym należy również wzbraniać się przed podawaniem swoich wła­snych poglądów na tematy związane z moralno­ścią i doktryną, jaką podaje nam Nauczycielski Urząd Kościoła. Ojciec Święty Jan Paweł II wyjaśnia, że „Każdy katecheta (...) niech nie zatrzy­muje się na sobie samym, na swoich osobistych poglądach i własnych postawach myślowych (...), a zwłaszcza, niech nie wpaja innym swych własnych opinii i zapatrywań w taki sposób, jak gdyby wyrażały one naukę Chrystusa i świadec­two Jego życia". Przypomnienie słów Papieża jest tym bardziej uzasadnione, iż zauważa się, że wśród katechetów pojawiają się czasem niepo­kojące praktyki indywidualnego interpretowania pewnych zagadnień moralnych i doktrynalnych. Dotyczy to głównie spraw związanych z ludzką moralnością, seksualnością czy też podejściem do kwestii nierozerwalności małżeństwa i czysto­ści seksualnej przed- i pozamałżeńskiej czy swo­bodną analizą dogmatów wiary.
Przekazując depozyt wiary katolickiej, warto pamiętać, iż obecnie rezygnuje się z tonu moralizatorskiego i kazuistycznego. Wszelkie nakazy, zakazy i moralizowanie tworzą raczej blokady w umysłach i sercach niż pomagają w podejmo­waniu odpowiednich decyzji. Skuteczność przy­jęcia przekazywanych treści domaga się wolno­ści, w której mogą dokonać się autentyczne wy­bory moralne.
Istotnym elementem - jeśli chodzi o skutecz­ność oddziaływania wychowawczego na ucznia - jest ogólny klimat panujący w szkole. Chodzi o jakość kontaktów osobowych między nauczy­cielami oraz nauczycielami i uczniami. Dyrekto­rium katechetyczne Kościoła katolickiego w Pol­sce poucza, że katecheta, pragnąc kształtować
postawy zgodne z duchem Ewangelii, sam po­winien być wzorem człowieka dialogu i współ­pracy, bezinteresowności i poświęcenia. Winien
w sposób absolutny zrezygnować z poczucia wyższości czy też przeświadczenia o samowy­starczalności. Tylko wspólne i solidarne podej­mowanie dzieła wychowania młodego pokole­nia może przynieść wymarzone owoce.
Katecheta jako świadek
Ważnym elementem, który łączy się z wize­runkiem katechety, jako świadka wiary, jest jego wiarygodność. Domaga się ona identyczności i tożsamości przekazywanej nauki i stylu życia. Stąd katecheta winien być zgodny wewnętrznie i zewnętrznie, czyli autentyczny w życiu z tym, co głosi. Tylko ten katecheta, który łączy swoje sło­wa z jednoznaczną postawą moralną może zy­skać uznanie wśród katechizowanych. Z kolei brak takiej postawy prowadzi do kryzysu autory­tetu katechety. Mieści się tu to wszystko, co zostało już powiedziane wcześniej.
Areopag szkolny bywa czasem miejscem porażki, drobnych sukcesów, a także i wielkich zwycięstw. Jeśli natomiast współczesne katechizowanie kojarzyć się zacznie jedynie z co­raz to bardziej wyraźnym zainteresowaniem stopniami zawodowymi, awansami, premiami, to niewątpliwie katecheci będą zbierać smutne żniwo: porażki i niepowodzenia. Oczywiście nie chodzi o to, by katecheta został pozbawio­ny środków, które służą lepszej organizacji je­go pracy i godziwych warunków życia, lecz o nadmierną troskę o dobra materialne. Sza­cunek i miłość zdobywa się bowiem służąc in­nym w sposób ofiarny, pełen oddania i często bezinteresowny.


 

Copyright by Drukarnia i Księgarnia Św.Wojciecha Sp. z o.o.

strony internetowe Strony internetowe Poznań, Agencja Reklamowa Poznań, Systemy Zarządzania Treścią Agencja Reklamowa eCreo